Jestem zegarmistrzem. Mój świat ma średnicę kilku centymetrów i mieści się pod szklanym kloszem. Naprawiam czas. Czas innych ludzi. Starannie, precyzyjnie, w ciszy pracowni, gdzie jedynym dźwiękiem jest tykanie dziesiątek czasomierzy. To piękna, samotna praca. Ale mój własny czas stanął w miejscu pięć lat temu, gdy moja córka, Ala, wyprowadziła się do Irlandii. "Tato, to tylko na jakiś czas" – mówiła. "Tylko" przeciągnęło się na pięć lat, dwa wnuki, których znam tylko ze zdjęć, i pusty dom.
Najgorsze były święta. Wigilia. Samotność przy stole nakrytym dla dwóch, choć w głowie nakrywałem dla pięciu. Oglądanie ich przez Skype'a to nie to samo. Widziałem, jak moja wnuczka, Zosia, pokazuje mi prezent, a ja nie mogę jej przytulić. Słyszałem, jak mój zięć mówi: "Powiedz dziadkowi dzień dobry", a ona chowała się za nogi mamy. Byłem dziadkiem-telewizorkiem.
Mój zegar ścienny w pracowni, wielki, z kukułką po ojcu, tykał donośnie. Wydawało mi się, że odlicza nie godziny, tylko moje samotne wieczory. Pewnej nocy, w Wigilię, po rozłączeniu się z nimi, gdy ich śmiech jeszcze echował w pustym domu, nie wytrzymałem. Zamiast iść spać, usiadłem przy stole warsztatowym. Włączyłem laptopa. Nie po to, by pracować. Po to, by zgubić myśli.
Szukałem czegoś… głośnego. Czegoś, co przytłoczy tykanie. Trafiłem na stronę z grami. Automaty, ruletka. Przewijałem bezmyślnie. Aż zobaczyłem nazwę: vavada pl. Nie wiem, co mnie w niej przyciągnęło. Może to, że była krótka, jak dobry znak firmowy. Kliknąłem. Strona była… cicha. Paradoksalnie. Żadnych krzykliwych animacji. Miała w sobie coś solidnego, jak szwajcarski mechanizm.
Zarejestrowałem się. Login: "Zegarmistrz". Wpłaciłem cztery tysiące złotych. To były pieniądze odłożone na nową frezarkę. Narzędzie, które miało przyśpieszyć moją pracę. Pomyślałem: a może przyśpieszy coś innego? Może przyśpieszy czas do naszego spotkania? Głupia myśl, ale w tamtej chwili jedyna, która nie bolała.
Wybrałem automat o nazwie "Chrono Spirals". Coś z zegarami, trybikami, przeszłością i przyszłością. Ironia losu. Zacząłem kręcić. Minimalne stawki. Mechanicznie, jak nakręcam zegarek. Przegrywałem powoli, systematycznie. To nie było emocjonujące. To było smutne. Jak obserwowanie, jak piasek ucieka przez klepsydrę.
Zostało mi tysiąc złotych. Była czwarta nad ranem. W pracowni tykały wszystkie zegary, zlewając się w jeden, potężny szum. Pomyślałem o Alie. O tym, jak jako mała dziewczynka kręciła korbką od starego gramofonu, mówiąc, że "nakręca czas, żeby szybciej zrobiło się jutro". Uśmiechnąłem się gorzko.
Na odchodne, już kompletnie bez nadziei, zwiększyłem stawkę do maksimum. Nie na jedną linię. Na całą siatkę. Na wszystkie możliwe kombinacje. "Niech się dzieje" – pomyślałem. Kliknąłem.
I wtedy stała się rzecz, której żaden zegarmistrz nie mógłby sobie wyobrazić. Bębny nie zatrzymały się od razu. Zawisły, a na ekranie pojawiła się animacja wielkiego, złotego trybu, który zaczął się obracać. Zegary w tle zaczęły tykać w odwrotną stronę. "REWERS TIME BONUS" – wyskoczył napis.
Gra przeniosła mnie do wnętrza gigantycznego zegara. Moim zadaniem było wybierać tryby. Każdy tryb to była inna nagroda: "Przeszłość" – natychmiastowa wygrana, "Teraźniejszość" – darmowe spiny, "Przyszłość" – progresywny mnożnik. Wybrałem "Przyszłość". Tryb zaczął się kręcić, a mnożnik rósł: x2, x5, x10, x20…
Patrzyłem, jak moje saldo, które chwilę temu było śmieszne, zamienia się w liczbę, która nie miała prawa istnieć. 10 000 zł. 30 000 zł. 70 000 zł. Wszystkie zegary w mojej pracowni tykały, ale ja ich nie słyszałem. Słyszałem tylko puls w skroniach. Widziałem przed oczami nie liczby, tylko bilet lotniczy. Nie jeden. Trzy. Dla mnie, dla Al i Zosi. Żeby mogła przyjechać. Żebym ja nie był tylko głosem w słuchawce.
Gdy bonus się skończył, na koncie było 95 000 złotych. Dziewięćdziesiąt pięć tysięcy.
Nie ruszyłem się z krzesła. Czułem, jak coś pęka we mnie. Nie żebro. Coś głębiej. Pancerz. Płakałem. Cicho, bojąc się, że łzy zniszczą mechanizm któregoś z zegarów na stole. To nie była radość. To było… możliwość.
Wykonałem vavada pl wypłatę jeszcze tej samej nocy. Procedury były jasne. Jak instrukcja do skomplikowanego mechanizmu. Przelew czekałem dwa dni. Gdy przyszedł, nie zadzwoniłem od razu do Al. Najpierw poszedłem do biura podróży. Kupiłem trzy bilety do Dublina. W obie strony. Dla nich. Nie dla siebie. Chciałem, żeby przyjechały na cały miesiąc. Na lato.
Gdy zadzwoniłem, Ala odebrała zaskoczona. "Tato? Wszystko w porządku? Jest tak wcześnie…"
"Wszystko w porządku, córeczko" – powiedziałem, a głos mi się załamał. "Mam dla was prezent. Za duży, żeby go wysłać. Musisz po niego przyjechać. Wszyscy."
Przekonałem ją. Przyjechały. Ten miesiąc to był najpiękniejszy czas w moim życiu. Nie tykanie zegarów, tylko tupot małych nóg Zosi po mojej pracowni. Nie cisza, tylko jej pytania: "Dziadku, a po co ten trycik? A dlaczego ten zegar gdacze?". Ala pomagała mi w domu. Gotowaliśmy razem. Wieczorami opowiadałem wnuczce bajki, a ona zasypiała na moich kolanach. Czułem jej ciepły oddech. Prawdziwy. Nie przez kamerkę.
Za resztę pieniędzy nie kupiłem frezarki. Wyremontowałem pokój na górze. Na pokój gościnny. Ich pokój. Pomalowałem go na kolor, który wybrała Zosia – niebieski jak niebo nad Irlandią, mówiła. Kupiłem dwa łóżka. Czekają.
Dziś w mojej pracowni wisi nowy zegar. Duży, z wyraźnymi cyframi. Ale nie tyka. To zegar kwarcowy, cichy. Przestałem potrzebować tykania. Mam teraz inne dźwięki. Dzwonek telefonu, gdy dzwonią. Ich śmiech, gdy są.
Czasem, bardzo rzadko, loguję się na vavada pl. Nie po to, by grać. Po to, by spojrzeć na historię. Na ten jeden, jasny wpis. To mój osobisty "rewers time". Mój bilet w czasie. Nie w przyszłość. W teraźniejszość. W teraźniejszość, w której jestem dziadkiem nie z ekranu, tylko z zapachem olejku do zegarków i opowieściami o trybikach.
I wiem, że czasem, by czas znów zaczął płynąć, trzeba go najpierw postawić na głowie. I przekręcić tryb w drugą stronę. W stronę, gdzie czeka rodzina. A to jest jedyna naprawa czasu, która naprawdę się liczy.